Innej drogi brak! Jesteśmy na przełęczy. Najbliższy kontakt z cywilizacją: Zugdidi – dzień drogi wstecz lub Kutaisi – nie wiadomo dokładnie ile do przodu. Z przodu Osetia, z lewej Kabardyno-Bałkaria. Innej drogi nie ma, chyba, że wspinaczka na 3000 n.p.m. Jest środek lata, topnieją śniegi, od siedmiu dni nieustannie leje. Wszystko dosłownie płynie – gdzie się nie zatrzymamy strumień, kałuża, błoto. Rozdzielamy się w poszukiwaniu noclegu. Po chwili w radiu słyszymy, że ktoś z naszej ekipy gdzieś się zakopał albo zsunął. Nie wiadomo czy szukać, czy siąść i płakać. Jedna z załóg decyduje się zjechać jeszcze niżej. „Dojeżdżamy do mostu z bali, woda prawie przelewa się górą” – komunikują po chwili pozostałym członkom wyprawy. Kierowca przechodzi przez most i idzie zobaczyć, co dalej. Spotyka pierwszych od wielu godzin Gruzinów. Jadą UAZ-em na afganach. Mówią, że kilka kilometrów w dół rzeki jest zawał i nie ma przejazdu. Oni wracają do wioski, nam radzą to samo, bo woda się podnosi. Nasz człowiek zaczyna wypytywać o szczegóły, co denerwuje pijanego szefa ekipy UAZ-a. Dochodzi do szamotaniny...
Odpoczynek W końcu rozbijamy obozowisko na stoku. Bez względu na ilość widzianych już górskich przeszkód nie do zdobycia, zawsze jest nadzieja na to, że ten odcinek przed nami będzie przejezdny. Że z pomocą łopat, pił spalinowych, wyciągarek i przede wszystkim wytrwałości, uda się go pokonać. W nocy, kiedy siedzimy i wsłuchujemy się w szum tysięcy strumieni i rzek, przychodzi do głowy jeszcze jedna irracjonalna myśl: skoro tyle tej wody płynie, a deszcz przestał padać, to może do rana się wyczerpie? Na drugi dzień ruszamy dalej. Atrakcje zaczynają się od początku. Z samego rana pod ostatnią załogą zarywa się część mostu. Dobrze, że pod ostatnią i że część, a nie cały, bo pozostaliby bez wozu. Potem luźne piargi, w których miejscowi wyryli wąską półkę. Przejechaliśmy. Pasy zapięli chyba wszyscy. Na deser seria poprzecznych strumieni wymywających drogę i ni stąd ni zowąd mozolna odbudowa traktu, wiodącego w tym miejscu skalną półką, której znaczna część zwaliła się w nurt spienionej rzeki. Tu było gorąco… To dopiero pierwszy z sześciu gruzińskich etapów…
|

|