sparing.pl
 
 
HOME/PODRÓZE

2x7000 - Pamir 2007
W tym roku grupa Kandahar z Katowic podjęła wyzwanie zdo- bycia dwóch siedmiotysięcz- ników w Pamirze, górach leżą- cych na terytorium Tadżykistanu oraz częściowo Kirgistanu, Af- ganistanu i Pakistanu. Celem wyprawy były Pik Samoni (7495 m n.p.m.) oraz Pik Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.). Polacy działali w tym rejonie bardzo aktywnie od początku lat 70. W 1972 r. tutejsze szczyty zdobyła rekordowa duża liczba naszych rodaków. Wyprawy w Pamir traktowali oni najczęściej jako wstęp do ataku najwyższych szczytów w Hima- lajach. Po rozpadzie ZSRR o Pamirze zapomniano. Pierwszą wyprawę w te góry po 15 latach polskiej nieobecności zorganizowali alpiniści z Trójmiasta. Teraz ich tropem podążyli członkowie Kandaharu.

Wyprawie patronował Sparing.pl.

Oficjalna strona internetowa: www.wysokiegory.pl

Archiwum
Kambodżański Angkor
Kambodża kojarzy się ze wspaniałymi budowlami Angkoru i zbrodniami Czerwonych Khmerów. Te drugie doprowadziły do międzynarodowej izolacji kraju i uniemożliwiły turystom przez blisko 20 lat zwiedzanie jednego z najwspanialszych zakątków świata!
Opublikowano: 26 stycznia 2008 r.



Podróż za jeden uśmiech
Birma to kraj biedny, pozbawiony większego przemysłu. Bieda jest tu jednak gwarna i uśmiechnięta. A człowiek oddany drugiemu człowiekowi, za co w kolejnym wcieleniu wieść będzie lepszy żywot.
Opublikowano: 6 kwietnia 2007 r.



Bajkałem nad Bajkał
Wsiadamy w Moskwie do wagonu trzeciej klasy pociągu Kolei Transsyberyjskiej. Kierunek – Irkuck. Przed nami 5153 km drogi, 3 dni 4 godziny 48 minut spędzonych w pociągu i podróż przez pięć stref czasowych.
Opublikowano: 6 marca 2007



Rosyjska Afryka
Uzbrojony ochroniarz sprawdza nasz samochód w poszukiwaniu materiałów wybuchowych. Wszystkie te antyterrorystyczne procedury wydają nam się paranoją. Trzy dni później w pobliskim Biesłanie terroryści mordują tymczasem trzystu dwudziestu uczniów.
Opublikowano: 13 lutego 2007 r.



Bieluga Expedition
Na kaukaskich stokach bieleją czapy wiecznego śniegu. W dole przewalają się wody spienionej Inguri. Nad wszystkim góruje szczyt pięciotysięcznej Uszby. Jesteśmy w Swanetii, zmierzamy do Mestii.
Opublikowano: 2 stycznia 2007 r.



Na dachu Afryki
Wszystko wokół żyje i umiera jednocześnie. Słabsi zostają pokonani przez silniejszych i giną. Dlatego w powietrzu czuć zarówno zapach pierwotnego życia, jak i gnijącej śmierci. Zapach nieporównywalny z żadnym innym. Zapach Afryki. Reportaż z wyprawy na Kilimadżaro.
Opublikowano: 6 listopada 2006 r.



 
Świat: Południe zastaje nas zawsze gdzieś na środku szczeliniastego lodowca, który rozmięka pod wpływem upalnego słońca i staje się jeszcze bardziej zdradliwy. Dopiero tu, w wysokich górach, poznaje się naprawdę innych ludzi. Tak samo jak poznaje się siebie…

Jest 5.58. Żegnamy katowicki dworzec, by po ponad dwudziestu godzinach wcale nie tak uciążliwej jazdy pociągiem znaleźć się w nieco innej rzeczywistości. Docieramy do Moskwy, gdzie szybko przekonujemy się, że opowieści o smrodzie, brudzie i ubóstwie rosyjskiej stolicy można wetknąć między bajki. Jest natomiast przepych i niesamowita wprost drożyzna. Po całym dniu włóczenia się po mieście, mając już dość wszechobecnych podobizn Lenina i innych towarzyszy, jedziemy na lotnisko Szeremietiewo 2, skąd samolotem odlatujemy do Kirgistanu.

Wiecznie żywi pancerni
Kilka dni zajmuje nam dotarcie do bazy pod Pikiem Niepodległości, na wielu mapach nadal oznaczanym jako Pik Lenina. Wystarcza, by obalić mity o wschodniej dziczy, terroryzmie, napadach, wymuszaniu łapówek oraz innych niebezpieczeństwach, mających rzekomo czyhać na nas na każdym kroku. Tych parę dni wystarcza też, by spojrzeć na życie w Polsce i całą zachodnią kulturę z zupełnie innej perspektywy. Trochę nam wstyd, że niezbyt wiele wiemy o Kirgistanie, podczas gdy wiedza tutejszych mieszkańców o Polsce i Europie jest całkiem spora. Jak we wszystkich byłych demoludach, i tu znają „Czterech pancernych i psa”!
Szybko dostosowujemy się do kaukaskiego trybu codzienności. Życie płynie tu wolniej, a stosunki między ludźmi są naznaczone mniejszą formalnością. W stolicy kraju Biszkeku, a później w Osz – mieście, z którego wyruszają wyprawy pod Pik Lenina – całymi dniami oddajemy się wędrówkom po bazarach. Mnóstwo tu kolorów, zapachów i smaków. Wszystko aż kusi, by spróbować, zwłaszcza, że jest tanie. Na dobre zapomnieliśmy już o pamirskich terrorystach, szkolimy się za to w sztuce targowania i wyszukiwania najtańszego transportu. Drogę z Biszkeku do Osz pokonujemy więc niedrogim, ale nad wyraz wygodnym busem. Z Osz do bazy na Łukowej Polanie zmuszeni jesteśmy natomiast jechać ciężarówką, zwaną tu gruzowikiem. Ten specyficzny pojazd nie posiada chyba ani jednego amortyzatora, więc przez dziewięć godzin terenowej jazdy podskakujemy przy każdej nierówności, a przez nieszczelną budę wdzierają się do środka tumany kurzu. Po drodze widzimy wreszcie z bliska prawdziwe jurty, a w jednej z nich omal nie wpraszamy się na... stypę. Kiedy w końcu docieramy do bazy położonej na wysokości 3800 m n.p.m., ani myślimy wypoczywać. Tego samego dnia zdobywamy jeden z okolicznych czterotysięczników.

Dwa światy, dwa życia
Bazę prowadzi kirgiska rodzina, która w okresie letnim zamieszkuje jedną z tutejszych jurt. Wszyscy członkowie pracują po równo. Nieco tylko odrośnięte od ziemi dzieci opiekują się niemowlętami, starsze – noszą wiadrami wodę ze źródła, dorośli – dbają o turystów. Przez pozostałe miesiące w roku wszyscy wiodą normalne życie na dole: dzieci chodzą do szkoły, on jest policjantem, ona nauczycielką. Niedługo cieszymy się jednak ich gościną. Po kilku dniach na stałe przenosimy się do pierwszego obozu na wysokość ok. 4400 m n.p.m. Odtąd przez dwa tygodnie naszych górskich eskapada będziemy tu wracać na odpoczynek. To nasz tymczasowy dom. Wprawdzie od plecaków wszystko nas boli, za to możemy być dumni, że do „jedynki” wszystko wnieśliśmy sami. Zachodnie wyprawy nie wykazują się taką determinacją; korzystają z odpłatnego przewozu bagażu końmi.

1 2