Bieluga Expedition 2006



Świat: Na kaukaskich stokach bieleją czapy wiecznego śniegu. W dole przewalają się wody spienionej Inguri. Nad wszystkim góruje szczyt pięciotysięcznej Uszby. Jesteśmy w Swanetii, zmierzamy do Mestii.

Od kilku godzin suniemy zwartą kolumną po wąskiej skalnej półce, usianej odłamkami rzadko uprzątanych skał. Z przodu jedzie eskorta: UAZ i Niva. Z tyłu tak samo, tylko w odwrotnej kolejności. W środku zaś my: polskie załogi, które od 2005 r. w ramach wyprawy BIELUGA Expedition eksplorują samochodami terenowymi rejony mórz Azowskiego, Czarnego i Kaspijskiego. Zasady są proste: mamy jechać szybko, odstęp trzy metry, nie zatrzymujemy się, czas na zdjęcia będzie potem. W UAZ-ach chłopaki z gruzińskiego Specnazu, w Nivach policja kryminalna. Naszym celem jest schowana w samym sercu Kaukazu Mestia, stolica Swanetii.

Zaborcza Rioni
Gruzja przywitała nas kilka dni wcześniej deszczową pogodą. Wjechaliśmy od strony Kolchidy – krainy bagien i moczarów, więc można się było tego spodziewać. Jeszcze w XIX w. panowała tu malaria. Wykończył ją system irygacji, przesunięcie ujścia rzeki Rioni i drzewa eukaliptusowe. To Polacy wpadli na pomysł ich posadzenia, wiedząc, że eukaliptus wysysa z gleby wodę i odstrasza komary.
Napływ Polaków do Gruzji rozpoczął się po upadku powstania listopadowego w 1832 r., kiedy to zesłańcy byli kierowani do rosyjskich garnizonów. Od tego czasu napotkanie na Kaukazie kogoś z polskimi korzeniami nie jest trudne. Do dzisiejszego dnia bagna i moczary Kolchidy zmalały, chociaż wciąż jadąc z Batumi do Poti widać domy wybudowane na palach i obejścia otoczone ze wszystkich stron wodą. Na wyobraźnię działają mury starej twierdzy, która niegdyś stała w Poti nad brzegiem morza, teraz, na skutek „zasypywania” morza przez rzekę Rioni, wylądowała w centrum miasta.

Zugdidi – miasto graniczne
W strugach deszczu opuszczamy wybrzeże i kierujemy się do Zugdidi, miasteczka leżącego na styku Gruzji i Abchazji, nad graniczną rzeką Inguri. De facto od 1992 r. Abchazja funkcjonuje jak niepodległe państwo z własnym rządem, stolicą, flagą i hymnem. Byt Abchazji zależy przede wszystkim od Rosji. To ona politycznie i militarnie wspiera separatystyczne władze, co wielokrotnie prowadziło do konfliktów dyplomatycznych na linii Moskwa-Tibilisi.
W rejonie Zugdidi znajduje się centrum dowodzenia gruzińskich sił skierowanych w rejon konfliktu z Abchazją. Nocą miasto wygląda jak wyludnione lub objęte godziną policyjną. Tylko z kilku barów słychać głośną muzykę. Miejscowe służby szybko wyłuskują nasze samochody z wątłego ruchu ulicznego, kwestię dalszej podróży pozostawiając do rozstrzygnięcia szefostwu. Komenda, w której znajdujemy się kilkanaście minut później, bardziej przypomina kolumbijską hacjendę niż wojskowe centrum dowodzenia. Uzbrojeni po zęby strażnicy, drzwi obite skórą i wszechobecne palmy... Sprawy toczą się jednak szybko i po naszej myśli: na sygnale jedziemy na boisko piłkarskie przy budynku Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie rozstawiamy namioty. Mamy nawet oficjalne zaproszenie do ministerialnej knajpy – jak ekspedycja, to ekspedycja! Przy okazji poznajemy naczelnika i prokuratora – obaj młodzi, wykształceni. Podobnie jak nowy prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili, z innego pokolenia niż dotychczasowa władza.


Ruski avtomat
Do Mestii prowadzą dwie drogi: lepsza z Zugdidi, którą właśnie jedziemy, i gorsza z Kutaisi, którą zamierzamy się z gór wydostać. Obie off-roadowe i otoczone ośnieżonymi kilkutysięcznikami, takimi jak Elbrus, Uszba czy Szchara – najwyższy szczyt Gruzji (wszystkie powyżej 5000 m n.p.m.). Droga jest dodatkowo dość kapryśna: wystarczy trochę deszczu lub śniegu i wezbrane wody podmywają prowizoryczne drewniane mosty i skalne półki lub ściągają skalno-błotne lawiny. Miejscowi przewodnicy twierdzą, że ta trasa jest obecnie nieprzejezdna. My jednak chcemy spróbować, liczymy na oderwanie się od eskorty.
Kilkadziesiąt minut za rogatkami gościnnego Zugdidi zaczynają się monumentalne, spowite mgłą góry. Nieuprzątane od lat odłamki skalne na drodze sprawiają wrażenie, jakbyśmy byli w wymarłej dolinie. Gdyby właśnie teraz taki głaz, jak te leżące na drodze, spadł ze stromych zboczy, z łatwością sforsowałby dach samochodu. Wyobraźnia pracuje. Nasza obstawa też się nieco denerwuje – od Wąwozu Kodori oddziela nas bowiem tylko grzbiet górski, tereny są nasycone bronią i ludźmi o marnej reputacji. W 1994 r. wytyczono tu linię przerwania ognia. Odtąd granicy między zbuntowaną Abchazją a pozostałym terytorium Gruzji strzegą żołnierze Federacji Rosyjskiej.
Po kilku kilometrach docieramy do rosyjskiego posterunku wojskowego. Błękitne hełmy pasują do tych żołnierzy jak owcza skóra do wilka. Każda z załóg musi samotnie przejechać przez pusty odcinek asfaltu znajdujący się pomiędzy szlabanami i pomalowanymi w pasy bryłami betonu. Po lewej stronie, na zboczu, znajduje się bunkier, z którego wystaje lufa karabinu maszynowego, podążająca kolejno za każdym z samochodów. Jedziemy dalej. Do UAZ-ów, wojskowych samochodów z czasów ZSRR, wypełnionych kałaszami, świecami dymnymi i granatami można przywyknąć. Robi się cieplej, dlatego na jednym z postojów któryś z Gruzinów wyjmuje boczną szybę z UAZ-a i chowa do kieszeni drzwi. My w śmiech, że to niby taki „ruski avtomat”. Gruzin w odpowiedzi podnosi kałasza i z uśmiechem odpowiada: „eto ruski avtomat”.

Magiczna wysokość
Do Mestii docieramy wczesnym popołudniem. Mestia, serce Kaukazu, to miejsce magiczne. Uwagę zwracają słynne wieże z kamienia i ślady kul na ścianach domów. Kaukascy górale to lud mocno związany z wojną. Dzień kończymy huczną imprezą w mrocznej i zimnej dolinie potoku wypływającego wprost z lodowca. Chłodne górskie powietrze, najprawdziwsze na świecie kaukaskie szaszłyki i wiadome dodatki szybko nas usypiają. Przed zaśnięciem przychodzi jeszcze refleksja: jak to możliwe, że czujemy się jak w domu, mając na wprost Abchazję, po prawej Karaczajo-Czerkiesję i Kabardyno-Bałkarię, a za plecami Osetię Południową?
Wyruszamy rankiem. Off-roadowe bujanie mało komu służy, więc w ciszy pokonujemy ostatnie kilometry do podnóża przełęczy. Specnaz wraca UAZ-em do Mestii. Już bez asysty spotykamy miejscowych, którzy ostrzegają, że na przełęcz schodzą śniegi i trzeba uważać. Jest szarawo, pada deszcz. W okolicach magicznej wysokości 2500 m n.p.m. silniki zaczynają kopcić i śmierdzieć parafiną. Jazda w kolumnie przestaje być przyjemnością. W końcu dojeżdżamy do przełęczy. Naszym oczom ukazuje się monstrualna, ośnieżona górska ściana, w której swoje źródła ma rzeka. Jutro pojedziemy dalej drogą równoległą do jej koryta.


Innej drogi brak!
Jesteśmy na przełęczy. Najbliższy kontakt z cywilizacją: Zugdidi – dzień drogi wstecz lub Kutaisi – nie wiadomo dokładnie ile do przodu. Z przodu Osetia, z lewej Kabardyno-Bałkaria. Innej drogi nie ma, chyba, że wspinaczka na 3000 n.p.m. Jest środek lata, topnieją śniegi, od siedmiu dni nieustannie leje. Wszystko dosłownie płynie – gdzie się nie zatrzymamy strumień, kałuża, błoto. Rozdzielamy się w poszukiwaniu noclegu. Po chwili w radiu słyszymy, że ktoś z naszej ekipy gdzieś się zakopał albo zsunął. Nie wiadomo czy szukać, czy siąść i płakać. Jedna z załóg decyduje się zjechać jeszcze niżej. „Dojeżdżamy do mostu z bali, woda prawie przelewa się górą” – komunikują po chwili pozostałym członkom wyprawy. Kierowca przechodzi przez most i idzie zobaczyć, co dalej. Spotyka pierwszych od wielu godzin Gruzinów. Jadą UAZ-em na afganach. Mówią, że kilka kilometrów w dół rzeki jest zawał i nie ma przejazdu. Oni wracają do wioski, nam radzą to samo, bo woda się podnosi. Nasz człowiek zaczyna wypytywać o szczegóły, co denerwuje pijanego szefa ekipy UAZ-a. Dochodzi do szamotaniny...

Odpoczynek
W końcu rozbijamy obozowisko na stoku. Bez względu na ilość widzianych już górskich przeszkód nie do zdobycia, zawsze jest nadzieja na to, że ten odcinek przed nami będzie przejezdny. Że z pomocą łopat, pił spalinowych, wyciągarek i przede wszystkim wytrwałości, uda się go pokonać. W nocy, kiedy siedzimy i wsłuchujemy się w szum tysięcy strumieni i rzek, przychodzi do głowy jeszcze jedna irracjonalna myśl: skoro tyle tej wody płynie, a deszcz przestał padać, to może do rana się wyczerpie?
Na drugi dzień ruszamy dalej. Atrakcje zaczynają się od początku. Z samego rana pod ostatnią załogą zarywa się część mostu. Dobrze, że pod ostatnią i że część, a nie cały, bo pozostaliby bez wozu. Potem luźne piargi, w których miejscowi wyryli wąską półkę. Przejechaliśmy. Pasy zapięli chyba wszyscy. Na deser seria poprzecznych strumieni wymywających drogę i ni stąd ni zowąd mozolna odbudowa traktu, wiodącego w tym miejscu skalną półką, której znaczna część zwaliła się w nurt spienionej rzeki. Tu było gorąco… To dopiero pierwszy z sześciu gruzińskich etapów…

Przemysław Maciążek
www.bieluga.com
[2 stycznia 2007 r.]