Kałmucja - rosyjska Afryka



Świat: Uzbrojony ochroniarz sprawdza nasz samochód w poszukiwaniu materiałów wybuchowych. Wszystkie te antyterrorystyczne procedury wydają nam się paranoją. Trzy dni później w pobliskim Biesłanie terroryści mordują tymczasem trzystu dwudziestu uczniów.


Wieje niemiłosiernie, a chmury burzowe gonią nas od godziny. Każdy, kto podróżował otwartym samochodem i poczuł wiatr we włosach, wie jak trudna jest decyzja o zatrzymaniu się i naciągnięciu plandeki. Na ogół więc kończy się na prysznicu z nieba...

U wrót Azji
Po pożegnaniu Bartka i Edyty, którym właśnie skończył się urlop, czujemy się trochę nieswojo – w czwórkę zawsze raźniej, a perspektywa samotnego pokonywania Kaukazu gazikiem jest równie pasjonująca, co mrożąca krew w żyłach. Około pierwszej w nocy docieramy do Kerczu. W przewodnikach piszą, że to ciekawe miasto; nas przeraża jednak już na samym początku. Ciemne, długie i szerokie ulice. Całkowita pustka i sine chmury kłębią się nad przedmieściami. Całość utwierdza nas w przekonaniu, że nie jesteśmy tu mile widziani.
Po kilkunastu minutach mijamy rogatki i stajemy na ostatnim ukraińskim posterunku milicji. Funkcjonariusze są wyraźnie nie w sosie. Trudno się dziwić – pierwsza trzydzieści w nocy, a wiatr wieje jak diabli. Szybka kontrola, rutynowe znalezienie dziury w całym, skrucha kierowcy i jedziemy dalej. Po dziesięciu minutach stajemy w porcie. Przed nami Cieśnina Kerczeńska. A tuż za nią Azja.

Zniżka na GAZ-y!
Klimat poczekalni połączonej z kasą przypomina polskie dworce z lat osiemdziesiątych. Przy okienku urzędowy komunikat, z którego wynika, że każda z polskich wyprawowych terenówek może o dowolnej porze dnia i nocy dojechać do portu. Tam na przeprawę nie poczeka dłużej niż trzy godziny. A za prom nie zapłaci fortuny. Na GAZ-y i UAZ-y zniżka! Jednym słowem Azja stoi przed nami otworem. Tymczasem atmosfera w poczekalni gęstnieje: ludzie śpiący z tobołami na ławkach, zapach robotniczego kaca, kaszlanie i szmery wiercących się podróżnych. W pewnym momencie któryś z ławkowiczów przechyla się do przodu zbyt mocno i wali czołem prosto w potrzaskane kafelki. Nikt nie na to zważa.
I my zasypiamy kamiennym snem. Po pewnym czasie podchodzą kierowcy i pytają, czy mogą nas ominąć. Jasne, jedźcie, my śpimy! Prom, odprawę i większość formalności pamiętamy jak przez mgłę. Budzimy się dopiero podczas odprawy celnej samochodu i wykupywania ubezpieczenia.

Czebureki i łapówki
Po odprawie zostajemy sami na potężnym terminalu kolejowo-paliwowym. Kupujemy gorące czebureki – mięso obtoczone w cieście, smażone w oleju. To popularny w Rosji i na Ukrainie przysmak, którym będziemy zajadać się przez cały wyjazd. W dobrych nastrojach ruszamy dalej. Po lewej stronie mijamy Morze Azowskie i kierujemy się na Noworosyjsk. Nieco później sympatyczny funkcjonariusz przy kości próbuje dorobić do pensji 50 dolarów, słusznie mając do nas pretensje o nieprzetłumaczone polskie prawo jazdy. Jak zwykle wystarczy takiego przegadać (po rosyjsku oczywiście), a zawiązana nić przyjaźni nie pozwoli na jakiekolwiek pozaprawne rozliczenia gotówkowe.


Jest pięknie. Ale nie tak egzotycznie, jak sądziliśmy. Podobnie jak na Uralu i w wielu innych miejscach Rosji, granica Europy z Azją przebiega dość płynnie. Późnym popołudniem mijamy Noworosyjsk, a wieczór spędzamy na plaży w kurorcie Gelendżyk, czymś w rodzaju miasta-satelity Noworosyjska. Wyjątkowa atmosfera, wspaniałe czerwone wino, mnóstwo dyskotek i specyficzny urok rosyjskiej zabawy rozleniwiają nas do tego stopnia, że zapominamy o wyprawie i do południa następnego dnia bawimy się na plaży. Okolice są tu wyjątkowo zadbane. Nawierzchnią dróg i wszechobecnymi winnicami przypominają trochę Włochy. Problem kradzieży podobno nie istnieje. Na każdym kroku czuć silną rękę sprawnych władz, a port ze wspaniałymi krążownikami Floty Czarnomorskiej jest perłą w gospodarczej koronie tych okolic.

Oko w oko z KGB
Wypoczęci i odświeżeni opuszczamy gościnną plażę i wybrzeżem Morza Czarnego pędzimy na południe. Nie dojeżdżając do Soczi, skręcamy w Tuapse na wschód i lokalną, szutrowo-asfaltową drogą zagłębiamy się w pasmo Kaukazu. Upał i wszechobecne tumany kurzu dają się we znaki, ale piękno okolic kaukaskiego rezerwatu przyrody jest tak urzekające, że wynagradza nam wszelkie niewygody. Nie zdając sobie z tego sprawy, mijamy granicę Adygei. To jedna z kilku rosyjskich republik, które czują się bardziej związane z Kaukazem niż Kremlem. Językiem Adygejczyków jest adygejski, a religią – islam.
W stolicy – Majkopie – Kasia zostaje oskarżona o... nie wiadomo właściwie o co. Prawdopodobnie w związku z fotografowaniem banku, który wcale nie wyglądał na bank, traci paszport. Sytuacja nie jest przyjemna. Na szczęście szef ochrony (funkcjonariusz KGB jak nic!) sprawia wrażenie cywilizowanego i po pewnym czasie zwraca dokument, życząc nawet szerokiej drogi. Pędzimy więc dalej. W nocy dojeżdżamy do Armawiru i głównej kaukaskiej szosy na Władykaukaz i Machaczkałę. Być może kiedyś ta droga zaprowadzi kolejną z naszych wypraw do Baku...

Oddech Czeczenii
Tutaj kończy się turystyczna Rosja z uśmiechniętymi milicjantami i mafią zapraszającą turystów na obiadki. Wszyscy czują na plecach oddech Czeczenii, Osetii i Inguszetii. Jesteśmy wyjątkowo zmęczeni, boimy się obozować na dziko, a na gościnnych zwykle w całym byłym Związku Radzieckim stacjach benzynowych i posterunkach milicji panuje atmosfera niepewności i strachu przed atakami bombowymi. Dochodzi do paradoksalnej sytuacji – gdy zatrzymujemy się naprzeciwko komisariatu, funkcjonariusze najpierw każą nam zaparkować z dala od budynku, a dopiero wtedy przyjść na pogaduszki! Na stacji benzynowej udaje nam się zatrzymać na dłużej wyłącznie dzięki zagranicznej rejestracji. Uzbrojony ochroniarz i tak sprawdza samochód w poszukiwaniu materiałów wybuchowych. Wszystkie te antyterrorystyczne procedury wydają nam się paranoją. Trzy dni później w pobliskim Biesłanie terroryści mordują tymczasem trzystu dwudziestu uczniów. O tragedii dowiemy się dopiero w Polsce. Teraz odbijamy na północ, mijamy Stawropol i kierujemy się w stronę Elisty. Krajobraz powoli zmienia się z pagórkowatego w równinny, a następnie stepowy. Jeszcze kilka godzin wcześniej baliśmy się, że aż do Morza Kaspijskiego będą nam towarzyszyć znajome widoki – teraz jesteśmy zachwyceni żarem lejącym się z nieba i prostą drogą pośród stepu. Przekraczamy wspaniałą kaukaską rzekę Manycz, wyznaczającą granicą Kałmucji. Na posterunku odpowiadamy na serię pytań skośnookich milicjantów o wyraźnie mongolskich korzeniach. Z życzliwością informują nas, że „w Kałmucji nie ma niczego ciekawego, same stepy, piaski i bezdroża”. Nie zniechęcą nas; w końcu nie liczyliśmy na wspaniałą rozbuchaną cywilizację!


Nareszcie Kałmucja
Kilkanaście minut później oglądamy pierwsze wyschnięte słone jezioro. Kilkucentymetrowa warstwa soli i szereg kopców na środku sprawiają latem niesamowite wrażenie. Wygląda to jak lodowisko, którego utrzymywanie wobec lejącego się z nieba żaru musi być kaprysem kałmuckiego władcy. Wijące się wokół tafli koleiny wyglądają wyjątkowo atrakcyjnie, zjeżdżamy więc z drogi i zatrzymujemy się na słony biwak na dnie jeziora. Do Elisty docieramy późnym popołudniem. Z oddali wygląda jak rozrzucone w niecce kamyki, otoczone ze wszystkich stron bezkresnymi, spalonymi przez słońce równinami. Kilka kilometrów przed rogatkami mijamy nigdy nieuruchomioną elektrownię wiatrową, która miała zapewnić prąd całej stolicy. Główną ulicę przejeżdżamy w dziesięć minut, mijamy hotel Elista, siedzibę prezydenta (będącego jednocześnie prezesem Międzynarodowej Federacji Szachowej) i wyjeżdżamy na... step. Zawracamy i skręcamy w stronę miasteczka City Chess, gdzie w 1998 r. odbywał się międzynarodowy konkurs szachowy i przebiegał jeden z etapów rajdu Master Rally. Podczas wieczornego spaceru oglądamy buddyjskie ozdoby, którymi usiane jest właściwie wszystko dookoła nas. Pozostaje jeszcze buddyjska świątynia Dacan. Na słynne kałmuckie stadniny nie starcza nam czasu.

W stepie szerokim
O świcie następnego dnia ruszamy w step. W ostatnim cywilizowanym miejscu kupujemy pięćdziesięciolitrowy zbiornik na paliwo, zabieramy zapas wody pitnej i technicznej, wypytujemy miejscowych kierowców o szczegóły trasy nad Morze Kaspijskie i ruszamy. Już od pierwszych chwil wiemy, że warto było przebyć ponad trzy tysiące kilometrów. Wrażenia, jakie robi na off-roadowych wędrowcach niesamowita, niczym niezakłócona przestrzeń, nie da się porównać do najgłębszego błota i najwyższych gór. Step i spalona słońcem ziemia ani przez chwilę nie wydają się monotonne. W każdej chwili można skręcić, zawrócić lub zatrzymać się na obiad czy nocleg. Nie martwisz się o najbliższy strumień, przełęcz, przecinkę – tego i tak nie ma. Jest totalna wolność i nawigowanie według Słońca, Księżyca i gwiazd. Jedynym sposobem na zabłądzenie jest jazda w kółko, w innym przypadku zatrzyma cię morze lub jedna z rzek. Na tej wyprawie poznaliśmy znaczenie słów: „dwa dni drogi na wschód”.

Na dzikim wschodzie
Pod wieczór docieramy do ostatniej wioski na naszej drodze. Sceneria jak z dzikiego zachodu: wyludnione domki skupione wokół jedynego w okolicy, zakurzonego traktu. Napotkani ludzie odradzają nam kontynuowanie podróży. Po pierwsze, jest to szlak przemytników szmuglujących na Zachód kawior, po drugie – droga zahacza o rezerwat, a ze strażnikami lepiej nie zadzierać. Mówią też coś o wilkach, ale w to akurat nie chce nam się wierzyć. Po kilku minutach dyskusji widzą, że jesteśmy mocno zdeterminowani i proponują inny szlak wiodący nad morze. Problem polega na tym, że prowadzi on przesmykiem, pomiędzy piaskami, na które samotnie nie ma sensu się zapuszczać. Podejmujemy ryzyko! I tak od wydmy do wydmy zmierzamy ku morzu. Po drodze spotykamy dzikie konie, wielbłądy, antylopy, a nawet wkręcającego się we włosy nietoperza. Jeździmy po ogromnych, wyschniętych jeziorach w kolorze ochry i śpimy na pustkowiu przy pełni Księżyca. Omijamy cmentarzyska zwierząt i spalamy się w niemiłosiernym słońcu. Czujemy się jak w Afryce... W końcu docieramy do leżącego nad Morzem Kaspijskim, w delcie Wołgi, Astrachania. W konfrontacji z wyrzuconym spod ciężarówki kamieniem tracimy przednią szybę. Następne kilka dni to Wołgograd (dawniej Stalingrad), piękny Charków, pożegnalna kolacja w Kijowie i Warszawa. Z Kałmucji wracamy z przeświadczeniem, że istnieją miejsca, gdzie „off-road” tłumaczy się dosłownie...

Przemysław Maciążek
Katarzyna Tołwińska
www.bieluga.com
[13 lutego 2007 r.]


Czytaj również:
TOP 10: Najszybsze samochody świata
Niezwykły przewodnik po Paryżu
Najlepsze polskie bary przy drodze